Rekolekcje z Hiobem / Spotkanie 3 / ŚMIERĆ NAJBLIŻSZYCH

0
Rekolekcje z Hiobem / Spotkanie 2 / ŚMIERĆ NAJBLIŻSZYCH

Zobacz wersję wideo


 Hi 1, 18-21

Gdy ten jeszcze mówił, przyszedł inny i rzekł: «Twoi synowie i córki jedli i pili wino w domu najstarszego brata. Wtem powiał szalony wicher z pustyni, poruszył czterema węgłami domu, zawalił go na dzieci, tak iż poumierały. Ja sam uszedłem, by ci o tym donieść».

Hiob wstał, rozdarł swe szaty, ogolił głowę, upadł na ziemię, oddał pokłon i rzekł:

Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę.

Dał Pan i zabrał Pan

Niech będzie imię Pańskie błogosławione!


 

ŚMIERĆ NAJBLIŻSZYCH

W naszych Rekolekcjach z Hiobem spotykamy dziś najbardziej żałobnego posłańca. Ten ugodził w samo serce Hioba, w to, co było dla niego najwyższą chlubą, prawdziwym bogactwem i najprzedniejszym wyrazem błogosławieństwa: „Twoi synowie i córki jedli i pili wino w domu najstarszego brata. Wtem powiał szalony wicher z pustyni, poruszył czterema węgłami domu, zawalił go na dzieci, tak iż poumierały. Ja sam uszedłem, by ci o tym donieść” (Hi 1, 18-19). W kraju leżącym na pograniczu pustyni, nie dziwił silny wicher wiejący od wschodu. Qadim bywał bardzo gwałtowny i porywisty. Zadziwiał jednak skutek jego działania. Czy to możliwe, by od jednego porywu silnego wiatru runął cały dom, grzebiąc pod sobą tyle ofiar?

Człowiek ówczesny, który utracił synów, był jak uschnięte drzewo na pustyni. Takim właśnie w jednym momencie stał się Hiob – bez perspektyw, bez nadziei na przyszłość, z zagrożoną starością. Hiob podrywa się z miejsca. Na dopust Boży reaguje jak prawdziwy Izraelita dotknięty cierpieniem. W bezdennym smutku i żałobie rozdziera szatę, goli głowę i zaczyna się modlić. Wypowiada słowa świadczące o pogodzeniu się ze stratą dzieci i o wielkiej czci do Jahwe. Błogosławi Boga słowami, które przetrwały wieki i zadziwiają do dzisiaj: „Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Pan dał – Pan wziął. Niech będzie imię Pańskie pochwalone”. Autor Księgi podsumował: „W tym wszystkim Hiob nie zgrzeszył i nie przypisał Bogu nieprawości”.

Lecz, co to oznacza dla nas żyjących w XXI wieku? Wieść tragicznego posłańca rozdziera głębokie więzi, odbiera ostatni promień radości, bezlitośnie niszczy nadzieję. On jest nieczuły na upływające wieki, uderza zawsze z tą samą precyzją, czyniąc we wnętrzu człowieka wielkie spustoszenie, wypełniając je smutkiem i żałobą. Na co dzień współczesny człowiek raczej nie myśli o śmierci. Umiera sąsiad, dalszy krewny, kolega z pracy… Boimy się i natychmiast próbujemy zapomnieć, myśląc o tym, że nie nas to spotkało i że jeszcze raz uszliśmy śmierci. Zresztą, nie brakuje licznych sposobów blokujących czy wręcz eliminujących smutek z naszego życia. Przy takim podejściu – nieuniknione przecież – uderzenie śmierci, może być szalenie destruktywne i niszczące.

„Nie miałem zbyt dużo czasu i nie pozwoliłem, by cierpienie i śmierć mojej matki zapadły głęboko w moje wnętrze – pisze w „Liście pocieszenia” ks. H. Nouwen. Pewnego dnia jednak, kiedy między umówionymi spotkaniami zatrzymałem się na chwilę w swoim biurze, uświadomiłem sobie nagle, że ani przed, ani po śmierci matki nie uroniłem nawet jednej łzy. Wtedy zrozumiałem, że świat trzyma mnie tak mocno w swoim uścisku, że nie pozwala mi w pełni przeżyć tego najbardziej osobistego, najbardziej intymnego i najbardziej tajemniczego wydarzenia w moim życiu. Wydawało się, jakby wszystkie głosy wokół mówiły: «Nie wolno ci się zatrzymywać. Życie toczy się dalej. Ludzie umierają, ale ty musisz żyć, pracować, walczyć». Byłem posłuszny tym głosom. Kiedy przybyłem do klasztoru, zdawałem sobie sprawę, że będzie to dla mnie czas żałoby. Siedząc w swoim pokoiku, otoczony głęboką ciszą monasteru, kilka razy poczułem, jak z moich oczu płyną łzy. Zupełnie nie rozumiałem tego. Nie myślałem wtedy o matce, nie wspominałem jej choroby, śmierci ani pogrzebu, ale z jakiegoś miejsca gdzieś z głębi mnie – głębiej, niż potrafiłem sięgnąć – wytrysnął żal, który objawił się w cichym płaczu”.

Cierpiący dzisiaj Hiobie, ktoś porównał rzeczywistość żałoby do głębokiej, szerokiej i rwącej rzeki. Trzeba tę rzekę pokonać wpław, zmagając się z każdym jej fragmentem i zawirowaniem. Bo przez żałobę nie sposób przejść na skróty. Ona domaga się zatrzymania, zastanowienia się nad sobą i nad tym, co utracone. Wymaga czasu, aby dopuścić i wyrazić różne emocje, tak jak czasu potrzebuje nasz wewnętrzny świat, aby mógł się wyraźnie przeformować. Domaga się chwil samotności, ale potrzebna jest też czyjaś bliskość, cierpliwe towarzyszenie i ogromna delikatność. Żałobny strój – szkoda, że coraz częściej dzisiaj z niego rezygnujemy uznając za archaiczny – jest właśnie niemą prośbą o zrozumienie, o przyznanie prawa do wycofania się, do spokoju, a zarazem do dobrotliwej pomocy.

Przeżywanie żałoby dla każdego jest trochę inne, bardzo indywidualne. Spróbujmy jednak poszukać niektóych charakterystycznych momentów. Przerwane nagle więzi emocjonalne pozostawiają głęboki smutek i pustkę: „Czuję się teraz jak odcięty od pnia, wykorzeniony, w sercu mam krwawiącą ranę”. Człowiek początkowo wzbrania się przed myślą, że bliska osoba rzeczywiście zmarła; jest w szoku i próbuje się ratować przed uczuciem straty, wmawiając sobie, że wszystko było tylko złym snem, z którego się obudzi. «Wydaje mi się, że on po prostu wyszedł z domu i za niedługo powróci». Dni i godziny bardzo się dłużą, a ludzie zachowują się jak obezwładnieni, oszołomieni, niezdolni do logicznego myślenia. Szok sam w sobie paraliżuje nas tak dalece, że niewiele czujemy. Ta pustka nie trwa długo, zbyt wiele jeszcze jest do zrobienia: pogrzeb wraz ze wszystkimi przygotowaniami – problem, kogo zawiadomić, wędrówka po urzędach. Dom wypełniają krewni i przyjaciele przybywający na pogrzeb. Cały ten ruch jednak za niedługo minie. Krewni wyjadą, dom się opróżni. Być może i przyjaciele odsuną się: zauważą, że są niepożądani, wezmą na serio uwagi w rodzaju: «Chcę tylko spokoju». Osieroceni pozostaną sami.

Pojawiają się gwałtowne, chaotyczne, a często i sprzeczne, uczucia: troska, lęk, gniew, miłość, tęsknota, poczucie winy… «Czy zrobiliśmy dla syna naprawdę wszystko?», «Czy mieliśmy dla ojca dość czasu?» Agresywne odczucia kieruje się ku innym – lekarzom, pielęgniarkom, rodzinie, ku samemu zmarłemu, księżom czy też Bogu: «Jak Bóg mógł to dopuścić?» Ważne jednak, by te wszystkie uczucia doszły do głosu! Tzw. idealna odwaga, stalowe nerwy, całkowite panowanie nad sobą prowadzi łatwo do tego, że proces smutku zaczyna nabierać cech śmiertelnego bezruchu. Nie chodzi o histerię czy utratę kontroli nad sobą. Warto jednak pozwolić sobie na wylew smutku, na uwolnienie się żałoby, a płacz bywa normalną i często niezbędną częścią uzdrawiającego procesu.

Potem poszukujemy zmarłego – we wspomnieniach, w snach i rozmowach. Etap ten może trwać miesiącami. Idziemy ulicą i widzimy kogoś, kto był bliskim przyjacielem zmarłego. Siadamy do kościelnej ławki, a miejsce obok nas jest puste. Przeszywa nas ból, który wciąż musi być wypowiadany. Przez dobro i zło, które pozostawił, nasz bliski żyje nadal w naszym życiu. Po jakimś czasie, człowiek osierocony zbliża się znowu do życia społecznego. Godzi się z wolna ze stratą, wspomnienia nie przynoszą już aż tak nieznośnego cierpienia, otwierają się drzwi do nowego życia.

Ogromnie trudną, ale jakże ważną sprawą jest właściwe towarzyszenie osobie pogrążonej w żałobie i to nie tylko w pierwszych dniach po pogrzebie, ale i później – po paru tygodniach – kiedy samotność jeszcze bardziej doskwiera. Wspierającym z reguły dość łatwo przychodzi znosić uczucia lęku i troski, podczas gdy odsuwają od siebie wściekłość i gniew, które przecież również towarzyszą przeżywaniu żałoby. Nie zawsze konieczne są słowa, ale posługa obecności u boku cierpiącego i chęć dzielenia z nim jego smutków. Będąca w żałobie osoba pragnie rozmawiać o zmarłym, wyrażać żal... Nie jest to odpowiedni czas na Hiobowych przyjaciół udzielających szablonowych odpowiedzi. Jeśli obecność nie ma być jedynie formalnym zabiegiem, czy też – nie daj Boże – obecnością Hiobowego „mędrca” z gotową, zagłuszającą pytanie, odpowiedzią na każdą wątpliwość i rozterkę, człowiek towarzyszący powinien posiadać cechy prawdziwego przyjaciela i dobrego słuchacza. Dobry słuchacz jest w stanie jedynie przyznać, że strata oznacza ciężkie brzemię, głęboką żałobę i wywołuje prawdziwe cierpienie. Jest tym kimś, kto pozwala otwarcie rozmawiać o żalu i stracie, nie próbując przy tym na siłę przeciwdziałać ujawnianiu się emocji, tak boleśnie domagających się uwolnienia.

Być może – drogi słuchaczu – żałobny Hiob pomoże ci odkryć, że miłość nie istnieje bez smutku, a przyjemność bez bólu, że prawdziwy zysk nie jest możliwy bez jakiejś straty. Kto wie, może byłoby bezpieczniej nigdy nie zaznać miłości, aby nigdy nie cierpieć po stracie? Może mniej bolesne byłoby sztuczne stłumienie swojej świadomości, niż przechodzenie przez boleść żałoby? Ale tak naprawdę, przyznaj, jaki sens miało by nasze życie bez świadomej miłości?

„Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Pan dał – Pan wziął. Niech będzie imię Pańskie pochwalone”. Umiejętnie wsparta i właściwie przeżyta żałoba pozwala zrozumieć, że bez szczerych więzi, bez prawdziwej miłości czy przyjaźni nigdy nie bylibyśmy naprawdę żywi i ludzcy.


Zobacz wersję wideo:


Słuchaj podcastu:

 

Komentarze do wpisu (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl